niedziela, 4 czerwca 2017

Jakie są moje patenty na podróż - pakowanie się cz.2


Mam mój czas wiosennych podróży. Staram się co roku w okresie wiosennym wyjechać na "citibreak". Drugim takim dobrym terminem jest przełom września i października, ale 1000 razy bardziej lubię wiosenne podróże.
Kilka rzeczy spowodowały, że stało się to moim zwyczajem:
- uwielbiam zwiedzać duże miasta,
- lubię te kilka dni oddechu w klimacie zielonej wiosny,
- nie stać mnie na wakacyjny wypad za granicę,
- oferty w tym terminie są jeszcze nie najwyższe,
- mogę pojechać w gronie moich koleżanek, bo w wakacje każdy jedzie z rodziną.

I tak kolejny raz przygotowuję się do wypadu. Tym razem będzie to Bolonia i Florencja.
Dziś jeszcze przed podróżą postanowiłam podzielić się moimi przemyślanymi i stosowanymi trikami na pakowanie malutkiej walizki.

Ja zaczynam pakowanie prawie 2 tygodnie przed wyjazdem. Robię listy i planuję co ze sobą zabrać (wiem, że to dziwne, ale daje mi to poczucie bezpieczeństwa i przekonanie, że nic nie zapomnę). Wiem, że teraz można notować w telefonach, są też dobre aplikacje anglojęzyczne,  ale nie umiem się przekonać do tych metody, dlatego niezbędny dla mnie jest jest papier i kolorowe flamastry. Po tych kilku podnóżach listy praktycznie mam gotowe i tylko je wyciągam z szuflady.

1.      Moje checklisty zawierającą wszystko co tylko możliwe łącznie z bielizną i dodatkami, ale do każdego wyjazdu odrobinę ją koryguje i dostosowuję. Nie tylko w mojej opinii, bo wyczytałam to też na blogu Kasi Tusk (nie żeby była autorytetem jakimś, ale po prostu dużo podróżuje) „tworzenie listy powinnyśmy rozpocząć z dużym wyprzedzeniem”. Zgadzam się z nią w 100%, dobre pomysły nie przychodzą w pośpiechu, ale są wynikiem kombinacji i przemyślenia. Nie da się sobie przypomnieć wszystkiego co potrzebne kilka godzin przed wylotem samolotu. Wtedy już czujemy jakieś napięcie związane z podróżą i spieszymy się. Ja często łapię się na tym, że przypominam sobie o ważnych rzeczach do zabrania w najbardziej nieoczekiwanych momentach dnia (w łóżku, na spacerze, w sklepie na zakupach) i zapiski są wtedy zbawienne.

Drugą formą, którą praktykuję - może ona zastąpić spisywanie - jest koszyk na rzeczy na podróż. Mam ustawiony ładny kosz do którego wrzucam wszystko, co chciałabym zabrać. Dzięki temu nie noszę przed podróżą rzeczy, które zamierzam zabrać i nie musze ich prac w ostatniej chwili. Gdy tylko sobie o czymś przypomnę po prostu dorzucam do kosza. Mogę tez na bieżąco szykować rzeczy podczas codziennego przeglądania szafy, a nie w ostatniej chwili, gdy nie ma na nic czasu. 

Ale znalazłam tez na jednym z blogów zupełnie inną opinię: "Po co mi lista rzeczy, które muszę spakować, skoro mam doskonałą pamięć? Bo przecież mam, tylko czasem krótką. Dawno, dawno temu zdarzało mi się na każdym wyjeździe czegoś zapomnieć. Urok osoby roztrzepanej. Po pierwsze, okazało się, że to nie koniec świata. Po drugie, mimo wszystko, postanowiłam sobie spisywać na liście rzeczy, które koniecznie muszę spakować. I co mi z tego wyszło?
Ambitny plan skończył się tak, że zapominałam czegoś wpisać na listę, a w efekcie rzecz ta nie lądowała w bagażu. To jeszcze mały pikuś. Bywały jednak tez takie sytuacje, kiedy spakowałam coś z listy, dajmy na to ulubione spodnie, ale zapominałam je z niej wykreślić. I potem, kiedy kontrolowałam spis, myślałam, że spodnie jeszcze nie spakowane. Przetrząsałam szafki w ich poszukiwaniu, a one spokojnie sobie leżały w walizce. Tak, śmiejcie się. Ale ja już tak jakoś mam.
Przestałam więc robić listy, bo skoro nie polepszają sytuacji to po co tracić na nie czas?"

2. Przechodząc do konkretów to ja planuję ubrania w całych kompletach na każdy dzień podróży osobno oraz dodaję 1 zestawy „ładniejszy” (w zależności od długości pobytu) Dostosowują do tego obuwie i nakrycia wierzchnie typu sweter, kurtka, marynarka. Dzięki temu, że daję sobie czas, mogę dokładnie przemyśleć zestawy i poodrzucać różne rzeczy (np.: dwie pary baletek, wybrać kolory spodni, żeby pasowały do wielu t-shirtów, itp.). Dzięki wcześniejszemu planowaniu mogę  spokojnie uprać wcześniej wszystkie potrzebne rzeczy.  Konieczne jest też sprawdzenie pogody na jakimś dobrym portalu pogodowym. Ja przeglądam zawsze kilka portali i mocno biorę pod uwagę ten najbardziej pesymistyczny.
Ja zabieram na wypad dokładnie takie same ubrania, w których chodzę na co dzień. Podróże to dla mnie okazja do doświadczania kultury, smakowania i spacerów, a trudno mi jest się poczuć zrelaksowanym w wielkim mieście mając na sobie T-shircie i dresy lub innym podróżnym zestaw. Nie polecam sandałów do zwiedzania (jedynie trekoingowe z porządną, grubą podeszwą), gdyż starówki mają zawsze niewygodne chodniki lub kamieniste drogi, często w różnych zakątkach jest pełno piachu, jak pada to ma się od razu mokre stopy, fatalnie wyglądają ze spódnicą. Lepsze są mokasyny, chinost, laufersy lub adidasy. Zawsze też zabieram ładne japonki - nadają się i pod prysznic i w razie konieczności na wyjście. W zależności od kierunku, zazwyczaj w kwietniu-maju przydaje się skórzana kurtka motocyklówka (dobrze jest mieć coś grubszego przydaje się w klimatyzowanym autobusie czy metrze). Pogoda bywa zwodnicza jak wtedy gdy trafiłam na najzimniejszy maj w Paryżu, czy w wietrznej Lizbonie i Porto.
Ważny też jest zestaw do samolotu. Musi być bardzo wygodny, nie krępujący ruchów oraz nie uciskający z uwagi na nasze żyły (można nabawić się z uwagi na zmiany ciśnień zapalenia żył).


3. Wybór walizki to pierwszy i najważniejszy krok, wszystko jest uzależnione od linii, którymi lecisz. Ja najczęściej latam tanimi liniami, dlatego lubię, gdy pozwala mi się zabrać 10 kg w cenie biletu. Wymiar walizek dla 8 kg może już sprawiać kłopot w zakupie – tylko niektóre firmy produkują te malusieńkie walizki.
Teraz na szczęście już bardzo łatwo dostać nie tylko małą walizkę, ale tez lekka – ma wtedy znaczek piórka ptasiego. Jest to szalenie ważne, gdy ograniczamy nasz bagaż do 8-10 kg (szkoda 2 kg zużyć na walizkę J).  Nie reklamują sklepu, tylko piszę z własnego doświadczenia - modele dobrych firm walizkowych można często znaleźć taniej w TK Maxx. Kolejna dla mnie ważna rzecz to kolor walizki. Nawet w tanich lotach zdarza się, że zapakują ci walizkę do luku. Wtedy czekając na jej odbiór na taśmie łatwo wypatrzyć jakiś kolorowy pakunek lub odznaczony kolorową chustą niż powszechnie posiadane czarne i granatowe walizki.



4. Ponieważ zazwyczaj podróżujemy w kilka dziewczyn ustalamy, która z nas bierze suszarkę do włosów, prostownicę, żelazko turystyczne itp, bo tych rzeczy możemy używać wspólnie. Choć już bardzo często również na kwaterach prywatnych powszechne staje się pełne wyposażenie kuchni i łazienki. W wynajmowanych apartamentach jest zazwyczaj też pralka. Nie staram się ograniczać w ilości ubrań w żaden inny sposób poza dozwoloną wagą bagażu na który mam bilet. W końcu jadę na urlopik :-). 


5. Na pakowanie kosmetyków też mam wypróbowane patenty. Przed wszystkim mam kilka kosmetyczek. Jadąc w kilka osób nie można zająć łazienki na dowolny czas, dlatego pewne działania kosmetyczne trzeba wykonywać w sypialni lub w pomieszczeniu z lustrem. Zawsze mam osobną kosmetyczkę na mokre kosmetyki, czyli te do kąpieli i po niej oraz osobo kosmetyczkę ze szczoteczką i pastą, którą mam w torebce. Nie raz już na lotnisku miałam potrzebę skorzystania ze szczoteczki do zębów i fajnie jak mam ją w podręcznej torebce. Ostatnia kosmetyczka to kosmetyki kolorowe.

 






Ponieważ nadal nie można przewozić za dużo płynów, trzeba mieć torebkę zamykaną na "zipa", żeby przed kontrolą włożyć wszystkie płyny. Ostatnio nawet na lotnisku w Modlinie sprawdzano czy torebka się zasuwa, choć już wielkość torebki, ani obowiązkowa objętość do 1 l nie miała znaczenia. Absurdy naszych kontrolerów są różne.


6. Patenty na kosmetyki są pewnie powszechnie znane: balsam do ciała do pojemnika po kremie lub buteleczce z pompką, szampon w saszetkach, płyn do demakijażu w chusteczkach, mini maszynka do golenia.


  

7. Inne patenty:



 









2 komentarze: